Polish Times - Czas Polski - tygodnik polski w Detroit, USA

Issue 35/2010
Wednesday 9-01-2010

In this issue: Kardynał Glemp w Orchard Lake na odsoonięciu tablic ku pamięci ofiar katastrofy w Smoleńsku i ks. Peszkowskiego, “Polskie Rozmaitości” świętują 80-lecie, Baseball na Wrigley Field w Chicago, Cardinal Glemp Dedicates Jan Siuta’s Work at Orchard Lake Schools’ Katyń Monument, PRIDE OF POLONIA AWARD 2010, Native Detroiter honored by Lech Wałęsa, Rocky in the battle of his political life for a seat in Congress, sport, magazyn, progrm TV, ogłoszenia. PRENUMERATA

PUNKTY SPRZEDAŻY

Uwaga! Na stronie internetowej publikujemy tylko wybrane artykuły. Powyżej zamieścilismy punkty sprzedaży "Czasu Polskiego".

Donacja na "Czas Polski"
Thank you



Polecane strony WWW

 


zabytkowe

 


 



Banner
Komu dzwoni dzwonek? (45/2009) Print E-mail
User Rating: / 0
PoorBest 
Felieton
Written by Cezary Janus   

Tego dnia byłem myślami daleko stąd, w zupełnie innym świecie, w zupełnie innej przestrzeni czasowej, w przestrzeni kosmicznej wręcz, kiedy zadzwonił dzwonek.  Był to dzwonek komórkowego telefonu.  Jakoś nie przepadam i nigdy wcześniej nie przepadałem za tym wynalazkiem (telefonu) z 1876 r. Grahama Bella, który to wynalazek z założenia powinien życie ułatwiać, choć mnie przeszkadza i wręcz utrudnia, zwłaszcza kiedy czyni to, co do niego należy, a mianowicie dzwoni.  A dzwoni wyjątkowo natarczywie, wyjątkowo natrętnie, nie mając żadnego względu na subtelność myśli słuchającego owego dzwonienia, bądź na delikatność wszelkich zmysłów osoby, której całym systemem nerwowym tak bezdusznie targa ten bezduszny, ten wściekły telefonowy dzwonek.  No, ale kiedy już zadzwonił, to zadzwonił - głośno, donośnie i bezwzględnie, skutecznie przywracając mnie do mojego świata realnego. Dzwonki na ogół dzwonią głupio.  Jak to dzwony, dzwonki i podzwonne.  Bo i cóż wymagać od takiego dzwoneczka, skoro dzwoni: dyn, dyn; bo i cóż wymagać od jakże prymitywnej maszyny, od takiego martwego, bo bezdusznego - chociaż z sercem - przedmiotu?  Jedyne urządzenie “z duszą”, jakie przez te swoje, dość długie, lecz marne (sorry...) życie zdołałem poznać, to żelazko mojej babci Marii z Opola.  Duszę tego żelazka, nota bene żelazną duszę, dziadek Wojnarowski Stanisław, małżonek babci Marii, w kuchennym piecu do czerwoności rozgrzewał i potem specjalnie do tego celu skonstruowanymi, metalowymi szczypcami z pieca wyciągając, w stalowy korpus, czyli ciało owego, przedwojennego żelazka wkładał.  Dzięki temu babcia przez jakiś czas prasowanie obrusów, ścierek, ściereczek i dziadkowych koszul miała zapewnione.  Czyli z głowy.  Dzięki duszy.

Telefon ów, wyrwał mnie ze świata wirtualnego, czyli najzupełniej bezdusznego, sztucznie dzięki elektronice stworzonego, sztucznie jakby nadmuchanego - dlaczego więc marudzę, skoro do rzeczywistości, dzięki niemu wróciłem?  Nie, na rzeczywistość nie narzekam.  Rzeczywistość mnie podnieca, napędza i sił do życia dodaje.  Brakuje mi jednak w tym, jakże realnym świecie czegoś, co duszą bym chciał nazwać właśnie.  Nie widzę tu, w tym naszym tzw. szarym życiu, nie czuję niczego duszopodobnego, nie dostrzegam niczego, co się z tą materią-niematerią li tylko kojarzy.  Mój świat realny, namacalny, a więc prawdziwy, odszedł jako opoka lat szczenięcych w siną dal, wraz z epoką babcinego żelazka.  Odszedł był i już nie powrócił.  I nic nie wskazuje na to, że powróci...

Jeden z moich kolegów szkolnych z podstawówki... oj, dawno, dawno temu, dowiedziawszy się na lekcji biologii, iż ciało ludzkie składa się w 80% z wody, postawił dość odważną tezę w postaci pytania retorycznego, na które wówczas obaj nie potrafiliśmy odpowiedzieć: skoro ciało zbudowane jest głównie z wody, to z czego składa się dusza, chyba z powietrza, nie?  “Twoja, to z ognia i to w dodatku z ognia piekielnego” - tak mniej więcej bym mu odpowiedział, gdyby ta historia wydarzyła się dzisiaj.  I dzisiaj, niestety po niewczasie, bardzo żałuje, że się nie wydarzyła dzisiaj... Tyle jeszcze byśmy mogli sobie opowiedzieć...

Jacek Jeżewski (gwoli ścisłości, to Jacek tak właśnie przeze mnie przezwany, w papierach miał Wiktor, co przy każdej, nadarzajacej się okazji zapisywał Victor, jako “zwycięski”), mistrz zduński oraz mistrz w wymyślaniu najróżniejszych, najdziwaczniejszych hecy, był niezwykle żywym oraz niesamowicie realnym towarzyszem młodzieńczych przygód.  Ta jego żywotność, temperament, przekora, wrodzona inteligencja i niespożyta energia w odkrywaniu ciekawości swiata, inklinacje do wtykania palca do ognia, nie uznawanie sztampy i szablonu, brak podstawowego poszanowania tzw. świętości, nie pozwoliły mu zakończyć edukacji na poziomie choćby średnim.  Ale duszę Jacek miał niezwykle wyrazistą, choć z powietrza - jak sam to określił - się składała.  Utkwił w świecie wirtualnych fantazji i jemu tylko zrozumiałych niesamowitości.  Konsekwentnie upierał się w przekonaniu, że człowiek po śmierci idzie do nieba jakby żywcem, bo mniejsza część ciała do grobu złożona i tak zgnije pod ziemią, natomiast owe 80% tego “prawdziwego” ciała, w postaci wody wyparuje z duszą się łącząc.

Cezary Janus

PS. O śmierci Jacka dowiedziałem się od Jego sąsiada z lat kawalerskich, Zdzicha Abramowicza, przypadkowo spotkanego na pomoście, nad jez. Wiczkowo w pierwszych dniach września, kiedy w ramach odwiedzania starych kątów i grobów bliskich zajechałem do Złocieńca.

 
Oferta krajowa i zagraniczna. Kwiaty na cay wiat

Imieniny

Dzisiaj : Izabeli Szymona
Jutro : Jdy Lilianny
Pojutrze : Doroty Wawrzynca

Kursy walut

walutaskupsprz.
USD3.06803.1300
EUR3.93064.0100
Wynagrodzenia 2010

"Jeżeli chcesz wiedzieć, co ma na myśli kobieta, nie słuchaj tego co mówi - patrz na nią."

Oscar Wilde